Summer Libation Camp 24-26.08.2001 Zlot kanału #pług w kilkunastu subiektywnych zdaniach W dniach 24-26 sierpnia odbył się pierwszy zjazd ircowników z kanału #pług. Miejsce: Jarzębia Łąka, kilkadziesiąt kilometrów od Warszawy. Organizatorem i głównym prowodyrem całego przedsięwzięcia był Baseciq. Ja, z uwagi na to, że powinienem pamiętać najwięcej szczegółów, zostałem zmuszony do napisania tych kilku paragrafów ;-P Do Warszawy przybyłem z Krzyśkiem w piątek, po dwunastej. Na umówione miejsce (czyli na dworzec Warszawa Wschodnia) dotarliśmy jako ostatni, kilkanaście minut po pierwszej. Cała gromadka czekała już na nas na przystanku tramwajowym. Nastąpiło rytualne powitanie (zabrakło tylko chleba, soli i czerwonego dywanu ;-). Kilka uścisków dłoni i byliśmy zbratani z Bogną, Basecikiem, JaBBaSem, jack_iem, yendrkiem i Victusem (kolejność w miarę alfabetyczna ;) Kilka minut kręcenia po warszawskich zaułkach i znaleźliśmy się u Baseciqa, gdzie zostawiliśmy swoje toboły i udaliśmy się do hipermarketu po "zapasy spożywcze" ;-) Godzinka w Dużym Sklepie została spożytkowana na zbożny cel - wyszliśmy obładowani zakupami. Obładowani do tego stopnia, że ludność stolicy spoglądała na nas dziwnym wzrokiem. Reakcja jednych - życzliwe uśmiechy, reakcja innych - przeogromne zdziwienie (nie wiedzieć czemu, tego piwa naprawdę nie było aż tak dużo!). Po zakupach udaliśmy się spowrotem po bagaże. Jeden pan w autobusie na sam widok kilku zgrzewek złocistego nektaru chciał nas zawieźć na izbę wytrzeźwień, chociaż sam nadawał się tam lepiej niż my. Po zlinkowaniu zakupów i bagaży okazało się, iż trzeba specjalnych mediów, żeby przetransportować na dworzec taką ilość bezcennych danych. Z pomocą przyszły nam bicykle Baseciqa i Victusa. Przy użyciu ich i kilku wielbłądów (w osobach uczestników całej wyprawy), szczęśliwie dotarliśmy na stację Warszawa Wileńska, skąd udaliśmy się pociągiem w kierunku miejscowości Tłuszcz. W pociągu spędziliśmy mniej więcej godzinkę, delikatnie naruszając zapasy ;) Victus rozochocony pięknem krajobrazu i przechodzącej wzdłuż peronu pani starał się ją poderwać. Ale pani była najwyraźniej głucha i nie dosłyszała Victusowego "ej! kurde!" (albo Victus dostał ignore'a ;) Po przyjeździe na miejsce, powitała nas mama Baseciqa (aka 'teściowa'). Sam Baset pojechał na rowerze załatwić jakiś znośny transport naszych tobołów. Misja udała się połowicznie: transport załatwił (brawa dla pana z białego VW Transportera ;), ale pojazd, którym udał się na poszukiwania, był niezbyt stable i zcoredumpował na jednym z zakrętów, uszkadzając przy tym system plików na przednim kole, co uniemożliwiało kolejne execve(). Koniec końców - zapakowaliśmy się do Transportera i udaliśmy się w kierunku obozowiska. Po drodze zgarnęliśmy reprezentację Białegostoku w osobach jamzeda, Westbama i Peterqa. 80x50 metrów łąki, ogrodzonej płotkiem z _cholernie_małą_furtką_ ;) *Mnóstwo* miejsca na naszych 5 namiotów. Ochoczo zabraliśmy się do ich rozstawiania. No więc standardowo: tar -xzf namiot.tar.gz; cd namiot; ./configure --prefix=~/namiot && make && make check && make install. Okazało się, że najszybszą platformę miał Białystok i to Oni zakończyli budowanie jako pierwsi (jak się później okazało mieli trochę niestabilne jądr^H^H^H^Hżołądki i zrobił się mały bałagan w ~/namiot). Ja musiałem swój pakiet budować dwa razy, bo za pierwszym nie miałem zdefiniowanego jednego makra (#define INNY_TROPIK 1 pomogło). Tak czy siak - budowanie zakończyło się sukcesem. Największe problemy były chyba z kobylastym mysq^Wnamiotem, w którym wylądował jack_. Jednak i tutaj doświadczenie administratorów i programistów nie poszło w las (potem w las poszedł za to JaBBaS, Krzysiek i ja, w poszukiwaniu źródeł do ogniska). Namioty zostały rozstawione, nastąpiła chwila przerwy, wypełniona burzliwymi dyskusjami, a następnie zabraliśmy się do tworzenia czegoś, co ludzie nazywają 'ogniskiem'. Najgorliwszym developerem ogniska był niewątpliwie Victus. Jego fantastyczny sposób posługiwania się siekierą był kluczowym elementem przy programowaniu Ognisko v0.1. Pomocną dłoń podała nam również Nasza Ukochana Monopolistka (TM), oferując nam darmowe książki telefoniczne rejonu warszawskiego, które posłużyły za podpałkę ;) Ognisko zaforkowało się w tło i można było zacząc piec kiełbaski. Piątek, który upływał pod znakiem ogniska, rozmów multi-tematycznych (aczkolwiek nie ma co ukrywać - przeważały tematy związane raczej z komputerami ;-), jedzenia kiełbasek no i oczywiście piwa, zakończył się w okolicach godziny 3 nad ranem. Westbama i jamzeda trzeba było zgzipować i wrzucić do namiotu jacka i Victusa, ponieważ do ich nominalnego namiotu Peterq 'zwrócił rozszerzone informacje' i miejsce to nie nadawało się już do spania. Ognisko przygasiły trzy potoki z pęcherzów moczowych najwytrwalszych obozowiczów (czyli Westbama, Krzyśka i mojego). W sobotę zbudziło mnie słoneczko, które zrobiło nam z namiotu saunę. Kiedy ja przepoczwarzałem się ze śpiworzastego śpiocha w zdolną do chodzenia na dolnych odnóżach istotę, reprezentacja Białegostoku wybywała do domu (nie wiedzieć czemu =). Przyjacielskie uściski dłoni... i już ich nie było. Po śniadaniu, które każdy zaaplikował sobie we własnym zakresie, i chwili odpoczynku, wybraliśmy się do pobliskiego sklepu na lody :) Kto miał co do kupienia - zakupił. Do obozowiska dotarliśmy po krótkim spacerku po okolicy, na który zabrał nas Baseciq. Typowe linuksowe klimaty - cmentarz, daemony i takie tam ;-) Udało się nam znaleźć kawałek zacienionego miejsca (a słońce paliło niemiłosiernie), rozłożyliśmy koc i zaprzęgliśmy nasze szare komórki (wszystkie sześć ;) do hazardu. Biorąc pod uwagę powiedzenie, że "kto nie ma szczęścia w kartach ten ma szczęście w miłości", Bogna powinna być już szczęśliwą mężatką ;-> Następnie przyszedł czas na przygotowania do kolejnego ogniska. W tej dziedzinie, po raz kolejny, niedoścignionym mistrzem siekery okazał się Victus, który z nienaganną precyzją i ogromną, mimo swej postury, siłą zabrał się za szykowanie źródeł do ogniska. Ja pomagałem ile mogłem, lecz ból głowy był nie do wytrzymania i musiałem udać się w pogoń za jakimiś środkami przeciwbólowymi. Nieznajomość terenu urządziła mi kilkunastominutową wycieczkę po okolicznych drogach, ale, koniec końców, dopadłem jakiś panadol ;) Niestety nie wiem, co działo się w tym czasie w obozowisku, lecz kiedy wróciłem, czekała już na mnie ciepła zupka i towarzystwo przy stole :) Wszyscy zjedli pseudo-obiadek z uśmiechami na ustach. Po posiłku, kolejna partia luzerskiej zabawy nazywanej 'grą w karty' była jedyną rzeczą, na którą mieliśmy siłę ;) Mimo, iż gra była interesującą, po pewnym czasie górę wzięło ognisko i kiełbaskowy głód. A przy ognisku - jak to przy ognisku, kiełbaski, piwo, kobiety (no, jedna ;), śpiew (tak tak, Baseciq intonował, ja starałem się mu pomagać, reszta również nie próżnowała :). Pierwszy na miejsce spoczynku udał się jack, który następnego dnia, niewiedzieć czemu, niewiele pamiętał. Nasze wybryki muzyczne zostały spotęgowane, kiedy do towarzystwa dołączył lokalny user, pan Waldek. Do imprezy wniósł, oprócz butelki spirytusu (auć! =), akordeon i gromki śpiew. Niestety, nie mogliśmy mu wtórować ze względu na nieznajomość jego repertuaru ;-) Mi natomiast udało się zhaxorować i przejąć akordeon =) Nie wyszło to jednak na zdrowie słuchaczom, gdyż dość szybko rozeszli się po obozowisku, zostawiając naszą czwórkę (Bogna, ja, zdezelowany przepełnieniami stosu Krzysiek, oraz mr. Waldek) przy ognisku. Bogna starała się nauczyć operowania tak wielkim instrumentem (muzycznym :P). Szło jej to całkiem nieźle, później jednak lokalny user i dostawca akordeonu postanowił udać się do /home/waldek. Niedługo później do ognistego kręgu powrócili pozostali obozowicze. Dzień sobotni zakończyli przy dogasającym ognisku JaBBaS, yendrek, Victus i ja, pogrążeni w burzliwej dyskusji (lecz cechującej się wzajemnym zrozumieniem ;) na temat programowania, algorytmów, linuksa i wszystkiego tego, co tygryski lubią najbardziej ;-) O zaciętości dyskusji może świadczyć fakt, iż wymiana zdań toczyła się między mną a JaBBaSem jeszcze jakiś czas po zainstalowaniu się w śpiworach (nadmienię, iż śpiwory te znajdowały się w różnych namiotach) - czyli gdzieś tak w okolicach czwartej nad ranem :-) Niedziela dla mnie rozpoczęła się około godziny dziewiątej. Wszyscy wyglądali na jakoś dziwnie sennych :) Lekkostrawne śniadanko, i zaczęliśmy zabierać się do powrotu. Tony puszek, setki butelek, sterty pudełek po papierosach - krajobraz po burz^H^H^H^HSLC. Tar'owanie i gzip'owanie namiotów poszło nam zaskakująco szybko, niektórym nawet szybciej niż ich wcześniejsze skompilowanie ;-) Ja i Krzysiek musieliśmy zabrać swoje odwłoki dość wcześnie, żeby zdążyć gdzie trzeba. Około jedenastej zebraliśmy się do kupy razem z bagażami, pożegnaliśmy się z pozostałymi obozowiczami i wyruszyliśmy w stronę stacji kolejowej Jarzębia Łąka. W drodze towarzyszyła nam 'Teściowa', dzięki której udało się nam bezproblemowo dojść na wyznaczone miejsce :) Pociąg przyjechał, zajęliśmy miejsca i w ten sposób zakończył się dla nas Summer Libation Camp 2001, który wspominać będziemy z radością ale i smutkiem, iż trwał tak krótko :) Do zobaczenia na następnym LC ;-) shasta@01/08/29